girlupnorth: (bsg: sin city)
[personal profile] girlupnorth posting in [community profile] wystarczymilosc
BATTLESTAR NOIR

Postaci: Sam, Seelix, Lee, Cavil, Hotdog, Ósemka, Helo, Kara
Dzieje się na dwa tygodnie przed 6 odcinkiem "Wystarczy Miłość"
Spoilery: Do serialu do 4x09 włącznie, do "Wystarczy Miłość" do 7 odcinka, ale znajomość całości mile widziana.
Ostrzeżenia: Nie dość, że wszystko (a przede wszystkim trupy), to jeszcze kręciliby to na czarno-białym filmie.
Autorstwo: My.
Słów: ~1350


Za bulajem rozciągało się czarne niebo, gdzieniegdzie przetykane bladymi gwiazdami. Patrzyłem w nie, leżąc na pryczy. Słabe światło ustawionej na tryb dobowy jarzeniówki podpowiadało, że zbudziłem się o wczesnym poranku – przede mną był cały dzień.

Wstałem i przeciągnąłem się; kręgi wskoczyły na miejsca z satysfakcjonującym trzaskiem. Byłem bardzo głodny, ale nie suszyło mnie – był to kolejny dobry znak.

Bez trudu znalazłem spodnie i koszulkę. W lustrze sprawdziłem jeszcze, czy pośladki i ramiona są prawidłowo wyeksponowane. Były. Puściłem do lustra oko – urok dalej działał – i, tak podbudowany, sięgnąłem pod pryczę po buty.

Moja ręka zetknęła się z czymś zimnym i zupełnie niepodobnym do butów. Na kolanach zajrzałem pod spód i napotkałem niewidzące oczy Seelix.

- Ja kurwa pierdolę – wyrwało mi się, nim wstrząsnęły mną nerwowe dreszcze i zmuszony byłem walczyć z potrzebą zwrócenia ostatniego posiłku.

Czułem, że to nie będzie dobry dzień.

Usiadłem na łóżku i lekko drżącymi rękami zapaliłem pierwszego z wielu papierosów tego dnia. Patrząc na rozwiewające się w powietrzu kółka dymu, usiłowałem przypomnieć sobie, które z wydarzeń poprzedniego wieczoru mogło doprowadzić do znalezienia się Seelix - martwej Seelix - pod moją pryczą.

Problem polegał na tym, że nie pamiętałem ani jednej takiej rzeczy. Z kolei brak kaca sugerował, że cokolwiek robiłem, nie robiłem tego po pijanemu.

Działo się coś dziwnego, stwierdziłem, zaciągając się dymem.

Oczywiście, musiałem wziąć poprawkę na to, że znajdowałem się na Galactice, aktualnie głównym siedlisku wszystkiego, co dziwne i podejrzane. Ciemne zaułki statku kryły niewyjaśnione sekrety: od muzyki słyszalnej tylko dla Cylonów (wśród nich mnie), poprzez przypadkowo zaginione butelki wódki, aż po morderstwa, których liczba ostatnio zdawała się wzrastać. Dziesiątki, czy wręcz setki Centurionów krążyło po korytarzach, bezskutecznie usiłując zaprowadzić porządek w dziedzinie, która nie znała porządku i znać nie chciała.

Wyciągnąłem ciało Seelix spod łóżka i obejrzałem w poszukiwaniu widocznych obrażeń. O ile byłem w stanie stwierdzić, zmarła wskutek skręcenia karku. Wskazywał na to fakt, że mogła spoglądać sobie w dół pleców.

Bycie Cylonem - czy raczej świadomość bycia Cylonem - uwrażliwiła mnie na pewne sprawy. Pozwoliła zdać sobie sprawę z tego, jak skomplikowane i delikatne jest społeczeństwo. Wszyscy jesteśmy ze sobą powiązani siateczką subtelnych nici; nasze czyny wywierają wpływ na całe nasze otoczenie i stanowią wynik skomplikowanych reakcji łańcuchowych. Wszystko ma przyczynę i skutek.

- Dowiem się, jak to się stało - przysiągłem Seelix. - Zasłużyłaś na to, by prawda wyszła na światło dzienne.

Zwłaszcza, jeśli prawda ta oczyszcza mnie z winy, dodałem już tylko w myślach. Nie chciałem irytować umarłej.

Ciało na powrót wepchnąłem pod pryczę i ruszyłem w szeroki świat.

Wychodząc potknąłem się o wystającą rękę. Zmełłem w ustach przekleństwo i lepiej ukryłem ciało.

Drzwi kajuty okazały się zamknięte od wewnątrz. Nie rokowało to dobrze mojej sprawie, ale zdecydowałem nie wyciągać pochopnych wniosków. Po wyjściu zablokowałem je dokładnie.

Stojący w korytarzu Centurion skinął mi głową, kiedy go mijałem. Zawahałem się, ale odpowiedziałem mu skinieniem. Wyglądał dokładnie tak, jak zazwyczaj; nie wydawało się, żeby był ostatnio świadkiem jakichś podejrzanych wydarzeń.

W zimnym świetle jarzeniówek Galactica sprawiała tego dnia wyjątkowo nieprzyjazne wrażenie. Opuściwszy łazienkę, po krótkim namyśle postanowiłem zacząć śledztwo od zjedzenia porządnego śniadania i skierowałem swoje kroki w stronę mesy.

Kilku spotkanych po drodze kadetów obrzuciło mnie spojrzeniami, których wymowy nie byłem w stanie rozszyfrować. Zanim jednak zacząłem się nad tym zjawiskiem zastanawiać, spotkałem Lee Adamę.

Lee lekko podskoczył na mój widok, po czym przywołał na twarz swój – nie sposób nie zauważyć – uroczy uśmiech.

- Dzień dobry, panie prezydencie – zagaiłem rozmowę. Z jakiegoś powodu Lee dalej wyglądał na spłoszonego i z dziwną fascynacją wpatrywał się w moje dłonie.

- Hej, Sam – powiedział wreszcie, nerwowo przełykając ślinę. – Byłeś może już dzisiaj w brygu?

Kara, światło mych oczu i płomień mych lędźwi. Myśl o niej tylko unaoczniła mi powagę sytuacji. Nasz związek nie był może oparty na wierności – każde z nas miało swoje grzeszki – ale coś mi podpowiadało, że do sprawy zamordowanej kobiety mogła podejść ostrzej, niż do zabawy na boku z Tory.

- Nie, nie byłem od wczoraj – odparłem. – Stało się coś ważnego?

- Nie, w sumie nie. – Zerknął na zegarek, poprawił krawat i rzucił mi niemal smutne spojrzenie. – Muszę uciekać, obowiązki wzywają.

Oddalił się, nieco przygarbiony. Współczułem mu. Osierocony, obciążony licznymi obowiązkami i chronicznie w depresji, Lee starał się jak mógł stąpać po drodze prawości. O niewielu ludziach – czy Cylonach – na pokładzie Galactiki można było powiedzieć to samo.

O tej porze dnia mesa była prawie pusta. Podszedłem do czyszczącego szklanki Cavila, przygotowując się na codzienną dawkę walki o kawę i syntetyczną jajecznicę na boczku.

Zanim jednak zdążyłem odezwać się choćby słowem, Cavil podniósł wzrok znad swoich szklanek, spojrzał na mnie i cofnął się o pół kroku, obronnym gestem unosząc ścierkę do góry.

- Kawa. Jajecznica. Oczywiście. Pięć minut – powiedział, wyraźnie spanikowany i, prawie nie siląc się na udawanie spokoju i wyższości, potruchtał przygotowywać wymienione specjały.

Wzruszając ramionami, usiadłem przy najbliższym stoliku i wyciągnąłem następnego papierosa. Kawa, czarna jak noc i gorzka jak grzech, stanęła przede mną już trzy minuty później.

Zaczynałem właśnie jeść jajecznicę, kiedy drzwi mesy otworzyły się i do środka weszło kilku pilotów. Widząc mnie, przystanęli w wejściu; po chwili jednak jeden z nich, Hotdog, przemógł się i podszedł do mojego stolika.

*

Hotdog siedział przy rozbieranej triadzie i pił trzecie piwo. Świat zaczynał przybierać nieco rozmazane kształty. Hotdog lubił rozmazane kształty. Lubił też rozbieraną triadę i piwo.

Ręka Ósemki, która kazała się nazywać Trina i najbardziej lubiła piwo z sokiem malinowym, pełzła mu w górę uda. Helo rozmawiał wcześniej z nimi wszystkimi i powiedział stanowczo, że spanie z Cylonem, gdy nie wie się o danej jednostce niczego osobistego – a jedynie z ogólną wiedzą o danym modelu – to „podłość, świństwo i zachowanie niegodne pilota”. Hotdog wziął to sobie do serca.

- Hej, czekaj – oznajmiła w pewnym momencie Trina, zrzucając rękę młodego pilota ze swojego kolana. – Co się tam dzieje?

Hotdog wytężył wzrok. Na drugim końcu pokoju stał Anders, obnażony od pasa w górę, i wywijał na wszystkie strony wielkim metalowym prętem.


*

- Człowieku, mówię ci – rzekł Hotdog – z tym prętem to naprawdę przesadziłeś.

Pamięć nie podsuwała mi żadnego pręta. Oburzenie widoczne na twarzy Hotdoga nie pozwalało jednak na żadne wątpliwości – coś było na rzeczy. Mój instynkt podpowiadał mi, że z tego konkretnego świadka wiele już nie wydobędę – potrzebowałem alternatywnego źródła informacji. Z jakiegoś powodu przez myśl natychmiast przeszedł mi Lee, jednak zdusiłem tę myśl w zarodku.

Hotdog dalej przyglądał mi się ponuro. Wstrząsnął mną dreszcz – jak zapowiedź czegoś posępnego i mrocznego, czającego się w przyszłości. Odrzuciłem jednak tę myśl i spojrzałem na zegarek. Zbliżała się pora moich odwiedzin u Kary. Dojadłem jajecznicę i przeprosiłem Hotdoga, po czym biegiem udałem się w stronę brygu. Po drodze wpadłem na Karla Agathona który, zamiast powitania, zaszczycił mnie tylko tajemniczym „Ale z wyznawczyniami to naprawdę przesadziłeś!” po czym, zadyszany i spóźniony, dotarłem na miejsce.

Kara powitała mnie lodowatym spojrzeniem.

- Wreszcie raczyłeś sobie o mnie przypomnieć? – zapytała, unosząc do góry brwi.

- Jestem przecież spóźniony tylko o kilka minut – wydusiłem, łapiąc oddech.

- Chciałeś chyba powiedzieć „dni” – burknęła, ostentacyjnie przechodząc na drugi koniec celi.

Oparłem ręce o kraty.

- O czym ty mówisz, Kara? Byłem tu wczoraj. Najpierw mówiłaś, że ci tu bardzo dobrze i że właśnie zaprzyjaźniasz się z karaluchem, a potem rzuciłaś we mnie obiadem i kazałaś spierdalać.

Ze zmrużonymi oczami Kara wyglądała jak dziki kot: piękny, dumny i groźny, gotujący siły do ataku.

- Dobrałeś się do zapasów Tigha, co? – zapytała pozornie spokojnym tonem. – Toster pierdolony. Nie było cię tu od pięciu dni. Pięciu! Zapytaj strażników.

Przez chwilę milczałem. Aż do tej chwili nie miałem cienia wątpliwości, że ostatnio odwiedziłem Karę poprzedniego dnia, jednak widząc furię Kary zacząłem się wahać. Dlaczego jednak miałbym mieć w pamięci dziurę wielkości pięciu dni? Nie miałem pojęcia.

- Co? Nic mi nie odpowiesz? Żadnego „wybacz, Kara, straciłem poczucie czasu”?

Kara, kiedy chciała, potrafiła grać mi na nerwach jak nikt poza nią.

- Pięć dni? – powtórzyłem.

- Wiesz co? Spieprzaj stąd i nie zawracaj mi dupy – Kara demonstracyjnie odwróciła się do mnie plecami, a po krótkiej chwili, kiedy zamiast iść, stukałem palcami w kratę, warknęła: - Słyszałeś? Idź!

Miałem już wychodzić, kiedy coś mi się przypomniało.

- A co z karaluchem?

- Też sobie poszedł – odpowiedziała Kara spokojnym, wyważonym tonem. – Chuj jeden.
From:
Anonymous( )Anonymous This account has disabled anonymous posting.
OpenID( )OpenID You can comment on this post while signed in with an account from many other sites, once you have confirmed your email address. Sign in using OpenID.
User
Account name:
Password:
If you don't have an account you can create one now.
Subject:
HTML doesn't work in the subject.

Message:

 
Notice: This account is set to log the IP addresses of everyone who comments.
Links will be displayed as unclickable URLs to help prevent spam.

Profile

wystarczymilosc: (Default)
Wystarczy Miłość

November 2008

S M T W T F S
      1
2345678
9101112131415
16171819202122
23242526272829
30      

Most Popular Tags

Style Credit

Expand Cut Tags

No cut tags
Page generated Jul. 21st, 2017 02:47 pm
Powered by Dreamwidth Studios